All or nothing.
To właśnie hasło przewodnie mojego życia, mojego związku - all or nothing.
Mogę mieć wszystko lub nic.. i tak na zmianę. I żadna z tych opcji w pełni mi nie odpowiada ale przynajmniej czuję, że żyję.
Po wielu nieporozumieniach, niedomówieniach, tłumaczeniach, dalszym docieraniu się, moich nerwach, łzach, słowach, których cofnąć się nie da, wątpliwościach, żalach, spełnionych marzeniach i magicznych chwilach dobrnęliśmy z M. do rocznicy pierwszego roku.
Trudno w to uwierzyć, ale dajemy sobie radę.. lepiej lub gorzej..
M. stracił już status księcia idealnego chociaż czasem wciąz lubie sobie myśleć o nim w ten sposób. Ja natomiast zyskalam jakże czarujący przydomek "ice princess". A pomimo to wciąż przemy do przodu..
Nie bez wątpliwości. Wciąż nie jestem pewna czy to jest to czego chce, choć z drugiej strony wiem, że to może być już ten jak to mówią jedyny. I chyba jedna myśl napędza drugą i tak w kółko, bez końca. Planuję rzeczy, których się boję, wyobrażam sobie życie któremu nie wiem czy podołam.
Ale mamy jeszcze czas.. i ogrom problemów przed sobą. Ogrom stresu i zawodu. I nie ma na to rozwiązania ani cudownego leku.
Muszę tylko wymyśleć skąd wyłuskać te ostatnie pokłady energii i siły i walczyć do końca.
Tęskni mi się za francuskim pieczywem, za boulangerie Paul i tym zapachem wiosny, który nieodłacznie kojarzyć mi się będzie z Paryżem. Chcę tam wrócić.. lecz nie za wszelką cenę.
by mywonderwall | 2011-01-14 00:07:45 | skomentuj! (1)
Words hurt.
Dużo czasu minęło odkąd ostatni raz pisałam.. zbierałam się nawet kilka razy żeby to zmienić ale mi się nie udało.
Część rzeczy mi się udała, część nie.. większość celów osiągnęłam, tylko kilka potknięć po drodzę.
A jak wiele się nauczyłam?
Wakacje praktycznie za mną.. przynajmniej ta upragniona część, której tak długo oczekiwałam.. 3 wspólne tygodnie wakacji. Po 3 miesiącach rozłąki. I nie, wcale nie było tak łatwo i cudownie jak to sobie wymarzyłam.. Jeszcze daleka droga przed nami. Wciąż jesteśmy razem. I nawet planujemy przyszłość.
Ale ileż nauczyłam się siebie.. na każdym kroku wychodzą ze mnie rodzice, ich wychowanie, mój były chłopak i jego nastawienie, moja sztywność, obrzydliwa sztywność, planowanie, przestrzeganie zasad.. gdzie się podziała moja spontaniczność, lekkość, niedbałość, radość..? Z czasem zostały wykorzenione. nie wiem jak ale nienawidzę sibie i innych za to, że do tego dopuściliśmy. Lata nauki, krytyki, wymagań, pretensji i nie wiem czego jeszcze.. Moralnie i emocjonalnie upośledzona.
Nie radzę sobie z różnymi rzeczami. Wiem, że sobie nie radzę. Chcę więcej, wymagam więcej.. i plątam się w tym sama, przepraszając i tłumacząc. Tak bardzo chciałabym żeby było inaczej.. bo wiem, że on długo więcej nie wytrzyma. Widzi mnie w sposób, który nie jest prawdziwy.. zastanawiam się kiedy przejrzy na oczy i zobaczy to co ja widzę, kiedy zrozumie jak daleko jestem od jego ideału i to, że cały czas miałam rację. Krzywdzę go ale jeszcze o tym nie wie. I choćbym chciała inaczej to i tak go skrzywdzę. tak jak mnie ktoś kiedyś wykorzystał i skrzywdził. I zgasił.
Nie jestem złym człowiekiem, nie jestem wariatką. Ale totalnie się pogubiłam.
by mywonderwall | 2010-09-06 01:03:16 |
skomentuj! (1)
Stromy weather
Sa takie chwile, w których jedyne na co mam ochotę to się rozpłakać. Tak poprostu.
I nie żeby się coś stało.. nic się nie stało. Poprostu tak dużo rzeczy mnie martwi, denerwuje, przerasta, poniża.. ROZCZAROWUJE..
nawet nie tyle rzeczy co ludzi. Ich zachowanie.
I nie mam na to wpływu. I ta bezsilnośc sprawia, że czasem mam ochotę sobie popłakać.
Złapałam już wstręt na wychodzenie z domu i przymusowy kontakt z tą bezkształtną, przelewającą się z ulicy na ulicę masą ludzką, z tym zlepkiem indywidualności, z których rzadko kto, w swej inteligencji i tolerancji spojrzy dalej niż koniec swojego parasola.
Nie cierpie ludzi z parasolami, którzy ewidentnie nie umieją się nimi obsługiwać.
Chwilowo straciłam swoje światełko-przewodnika.
by mywonderwall | 2010-05-24 03:14:32 |
skomentuj! (1)
...
A może poprostu źle do tego podchodzę?
Może rzeczywiście myślę o tym wszystkim w byt poważnych kategoriach?
Ileż bym dała, żeby od spowrótem cieszyć się ze wszystkiego jak dziecko. Tu i teraz.
by mywonderwall | 2010-04-03 01:52:28 |
skomentuj! (2)
Where you gonna go? Where you gonna sleep tonight?
Wyjazd jak można było się spodziewać był fantastyczny. Pomimo, że bałam się do ostatniej chwili. Nawet jeszcze wtedy gdy już Go zobaczyłam czekającego na lotnisku.
Wszystko wyszło tak jak zostało zaplanowane. Dużo wrażeń jak na jeden raz.. chyba za dużo patrząc na to, że mój umysł wciąż nie jest w stanie pojąć i przyswoić tego wszystkiego.. dobrze, że przynajmniej zdjęcia uparcie przypominają mi i udowadniają, że rzeczywiście tam byłam i rzeczywiście to wszystko się wydarzyło.
Wychodzi na to, że spełnienie trzech marzeń naraz to jednak za dużo. Ale i tak było warto.
W mojej pamięci pozostały jednak inne chwile, nie do końca związane z Paryżem czy Disneylandem..
Siła uścisku jakim obdarzył mnie na lotnisku.. jakby próbował przytulić mnie dokładnie do swojego serca, nie do siebie. Jego radość jak pierwszego wieczoru pokazał mi wieżę Eiffel'a. Każdy Jego uśmiech odwzajemniający mój uśmiech. To, że przeniósł mnie na rękach przez próg swojego mieszkania. Moment, w którym położył się koło mnie z "Małym księciem" w rękach i zaczął mi czytać. To, jak przygotował mi kawę w ostatni wspólny ranek. To jak starał się być oparciem gdy ja na lotnisku całkowicie się rozkleiłam.
To, co widzę w Jego oczach jak na mnie patrzy. Zawsze.
I ja wiem, że to jest człowiek, który zrobi wszystko żeby podarować mi gwiazdkę z nieba. Który nie wiedzieć czemu kocha mnie najmocniej na świecie.
I teraz pytanie: dlaczego mnie to bardziej przeraża niż cieszy?
To nie jest kwestia mojego uczucia, bo jest dla mnie kimś naprawdę ważnym. To nie strach, że Go stracę. To nie zazdrość.
Ale naprawdę nie wiem co wywołuje u mnie takie uczucie.
Może to kwestia przyszłości? Może to jej się boję?
Każda kolejna wspólna chwila przekonuje mnie, że może tym razem to jest to..? Że wreszcie (już?) znalazłam właśnie "tego jedynego"? (nie ważne jak dziwnie i niepoważnie to narazie brzmi).
Boję się tego, że On jest taki wspaniały.. i że jest taki dobry dla mnie. Nie mówię, że nie ma wad, ale są to rzeczy, które w najmniejszym stopniu mni nie przeszkadzają.
Mam poprostu wrażenie, że na to wszystko nie zasługuje. Nie zasługuje na to żeby ktoś tak bardzo się dla mnie starał, żeby świata poza mną nie widział. Żeby chciał wszystko zmieniać byle tylko mi było dobrze. Żeby ktoś był dokładnie taki jaka ja potrafię być dla drugiej osoby. Bo łatwiej mi jak ja się staram, jak ja pokonuje kolejne kamienie milowe.
I jak to komuś wytłumaczyć? Co powiedzieć..? Jestem najszczęsliwszą osobą na świecie, ale nie wierzę w to wszystko? Przestań być dla mnie taki dobry to będę szczęśliwsza?
To dopiero paranoja.
Za miesiąc znów zawitam we Francji. Tym razem na spokojnie.
I już mam wątpliwości. Bo to kolejny kroczek do "nas". Z przyczyn techniczno-organizacyjnych to znowu ja przyjeżdżam.. chociaż to chyba Jemu bardziej zależy.
Wielkie plany i marzenia na przyszłość. A dokładnie zaplanowane kolejne kilka wspólnych lat.. i gdzieś w głebi serca chciałabym żeby się udało. Ale nie wyobrażam sobie tego.
I pielęgnuje tego potwora w sobie, a on z każdym dniem przybiera na sile i coraz częsciej poddaje w wątpliwość wszystko o czym tylko zdąże pomyśleć.. "źle Ci tak jak jest?", "bycie samej wcale nie jest takie straszne, przecież się przyzwyczaiłaś", "wyjazd? a po co Ci to?".
No tak. Uzależniona od rodziny, nie będąca w stanie się usamodzielnić. Nic tylko sobie pogratulować.
Ale na pocieszenie wiem, że nie oddałabym Go za żadne skarby świata. Bo to mój książe z bajki i już.
A poza tym nie lubię świąt.
by mywonderwall | 2010-04-02 23:59:25 |
skomentuj! (2)
Eat me. Drink me.
Od tygodnia skrupulatnie odliczam każdy dzień do wyjazdu. Z cała szczerością mogę przyznać, że moja radość i podniecenie wzrastały z każdą chwilą. Jeszcze 5, jeszcze 4, jeszcze 3 dni.. i cały mój dziecięcy entuzjazm przysłoniły chmury dorosłości i tego "odpowiedzialnego" myślenia.
Zamarłam. Strach. Panika. I już się tak nie cieszę. Teraz się poprostu boję.
I najgorsze jest to, że nie wiem czego. Podróży napewno. Ale to nie wszystko.. tylko czym jest cała reszta?
Dwa dni do wyjazdu a u mnie zasada ograniczonego zaufania wzniosła się nad wszystkie inne myśli i natrętnie zatruwa każdą zbliżającą się kroplę radości.
Zakupy zrobione, najważniejsze sprawy załatwiłam, dokumenty wraz z pieniędzmi cierpliwie czekają w szufladzie.. a ja nie mam nawet ochoty z Nim porozmawiać. Momentami nie mam nawet siły się uśmiechnąć. A przecież nic się między nami nie stało. Wręcz przeciwnie.
Jak to możliwe, że tego nie przewidziałam? Wygląda na to, że wciąż sama siebie potrafię zaskoczyć, nie jestem tylko pewna czy mnie to cieszy. I chyba nikt z bliskich mi osób nie potrafi tego zrozumieć. Nazywają to "humorami". Może i tak.
A przecież nie dalej niż 4 miesiące temu jedyne o czym marzyłam był aparat. Idealny prezent urodzinowy. A teraz.. spóźnione świętowanie w Paryżu. I wszystko takie nieprzewidywalne.
Im więcej o tym wszystkim myśle, o wyjeździe, o Nim, o najbliższej przyszłości.. tym większe mam mdłości. Wygląda na to, że ta "otwarta", "wygadana", "pewna siebie", "tolerancyjna" ja panicznie boi się zmian i stara się za żadną cenę do nich nie dopuścić.
Bo przecież dobrze jest jak jest. Rodzinnie, spokojnie. Mój wolny czas.. tylko dla mnie samej.
Chyba coraz lepiej rozumiem Piotrusia Pana.
Mam jeszcze 2 dni na zmianę nastawienia.. i szczerą nadzieje, że mi się uda.
by mywonderwall | 2010-03-18 00:55:25 |
skomentuj! (3)
Gravity.
Już od ponad miesiąca próbowałam się zebrać żeby napisać cokolwiek. Dużo myśli, mało słów.
Nowe życie. Tak chyba najkrócej mogę podsumować rozpoczęty rok 2010. Wydarzenia, których się nie spodziewałam oraz te tak długo oczekiwane. Jest środek lutego. Wciągu ostatnich 8 tygodni osiągnęłam dużo rzeczy, które w bardzo bezpośredni sposób wpłyną na dalsze moje życie (a może mi się tylko tak wydaje?).
Dwie najważniejsze: studia i życie prywatne. Te głupie 3 literki z kropką na końcu - tak niewiele a tak wiele. Bo niby "inż." nic nie znaczy ale patrząc na ilość pracy, czasu, sił i nerwów ile mnie kosztował uważam to za coś wielkiego. Bo dla mnie "pani inżynier" brzmi dumnie. I już.
Prywatnie.. poznałam księcia z bajki (co także brzmi conajmniej śmiesznie) ale wydaje mi się, że inne określenie nie oddaje tego kim dla mnie jest ten człowiek. Z moim charakterem, humorzastością, ironią i niemiłymi doświadczeniami z przeszłości cudem jest, że ktokolwiek był w stanie zdobyć się na tyle cierpliwości, zrozumienia i silnej woli, żeby mimo wszystko w tak krótkim czasie mnie oswoić. Oswoić bo lepszego określenia na te starania ni
e ma. I bez zagłebiania się w szczegóły mogę stwierdzić, że wszystko jest idealne. Dokładnie tak jakby to co wymyśliłam sobie po cichu w głowie spełniło się w rzeczywistości. Jedyny "szczegół" - odległość. Znaczna.
I każdy dzień walczę sama ze sobą żeby tego nie skończyć. Walczę ze swoim pieprzonym strachem, często nieuzasadnionymi wątpliwościami i poswiadomymi lękami żeby wytrwać. Bo wiem, że jest o co walczyć. Bo rzeka niezmierzonego, idealnego szczęścia nie tylko mnie zalała, przesiąknęła na wskroś ale nagle zaczęła podtapiać. Tak, że czasem tchu brakuje. tak, że czasem poprostu mam ochotę krzyknąc ratunku.
Ale zamiast tego z zaskakującą cierpliwością, kroczek po kroczku uczę się w tym pływać. Bo wiem, że warto. Bo jak kolejny raz zawalę, zniszczę coś tak namacalnego przez swoje spatrzone pomysły to już na długo zostanę całkiem sama.
Czy on wie ile to wszystko dla mnie znaczy? Nie wiem. Chyba
gdzieś tam zdaje sobie sprawę, że ja sama musz.e przywyknąć do pewnych rzeczy. I stara się mi w tym pomóc. jakże prosta i niesamowita strategia - pomimo wszystko, wszystko co czasem powiem lub zrobię, On z niestrudzoną wytrwałością, spokojem i cierpliwością bierze mnie za rękę i prowadzi dalej. Żebym się nie zatrzymała, nie zwątpiła, nie potknęła. Żeby pokazać mi taki świat jaki zawsze był. Że świat może być taki jakiego obraz gdzieś tam po ciuchu chowam w głowie.
Nie jestem w stanie pozbyć się całej nieufności i czujności.. ale przynajmniej troszkę ją tłumie. Może tym razem warto? Chyba nic gorszego niż już miała okazję przeżyć i poczuć się nie może zdarzyć.
Czekam. Jeszcze 26 dni.
Czekam, otulona dymem z ulubionych papierosów, z kawą, jedną z tylu ile wspólnie wypiliśmy i naszą piosenką. Bo narazie tyle mi z Ciebie zostało.
"Because maybe
You're gonna be the one who saves me ?
And after all
You're my wonderwall "
by mywonderwall | 2010-02-22 01:03:32 |
skomentuj! (4)